Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finite Incantatem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finite Incantatem. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 maja 2013

Rozdział 9





Rozdział 9

Tak jak Ginny myślała, następnego dnia cała szkoła huczała od plotek.  Z tego powodu dziewczyna starała się unikać zaludnionych miejsc. Mimo niedzieli wstała o siódmej, byleby tylko zjeść w spokoju śniadanie. Gdy schodziła na obiad, nijak nie udało się jej uniknąć wytykania palcami jak i palącego uczucia, że ktoś ją obserwuje. W przerwie pomiędzy posiłkami siedziała wraz z Mioną w swoim dormitorium. Rozmawiały, płakały ze śmiechu oraz narzekały na profesorów. Nim się spostrzegły minęła kolejna przerwa. Musiały udać się na kolację. Ponieważ zrobiło się zimniej postanowiły się przebrać.
 Ginny ubrała białe rurki, czarną bokserkę, na którą założyła czerwoną bluzę z kangurkiem. Na stopy włożyła wygodne, czarne trampki. W łazience rozczesała swoje włosy, a następnie za pomocą magii ułożyła je w drobne spiralki. Usta pomalowała przeźroczystym błyszczykiem. Gdy wyszła, w pokoju czekała na nią Hermiona ubrana w czarne rurki oraz białą w czarne paski koszulkę. Na nią zarzuciła białą marynarkę. Na jej stopach znajdowały się białe trampki. Jej włosy były wyprostowane, sięgały połowy jej pleców. Niektóre pasma luźno wiszących włosów były białe. Między nie miała wsadzoną czarną opaskę z kokardką. Tak wyszykowane wyszły z pokoju. Udały się do Wielkiej Sali. Miały do zrealizowania misję, którą przydzieliły sobie gdy rozmawiały: Nie dać się. Postanowiły, że pokażą całej szkole, że Ginny wcale się ich nie boi i, że ich opinia nie jest najważniejsze dla niej. 
Kiedy weszły do sali wszystkie rozmowy ucichły. Oczy wszystkich były na nie zwrócone. Dziewczyny niezrażone podeszły do stołu Gryffindoru i usiadły koło Harrego i Rona. Ten drugi zrobił się cały czerwony. Jednak, gdy zauważył, że obie dziewczyny zajęły się jedzeniem naleśników z serem i dżemem malinowym sam zabrał się za swojego najlepszego przyjaciela - kurczaka. 
Gdy wraz z Harrym skończyli, pożegnali się i wyszli z Wielkiej Sali, do Ginny podeszła jakaś grupka trzecioklasistek - każda miała egzemplarz "Czarownicy".
- Mogłybyśmy prosić o autograf? - zapytały chórem, wyciągając w stronę Ginny gazety. Rudowłosa spojrzała na okładkę. Było to zdjęcie Blaisea całującego się z rudowłosą dziewczyną. Gdy ta się odwróciła Ginny poznała w niej siebie. Wielki, krzykliwy napis głosił: "Dziedzic fortuny usidlony? Kim jest ta dziewczyna?", by chwilę później zmienić się na: "Czas wybaczać! Ginewrę Weasley rzucił chłopak, ale...", napisy zmieniały się kilkakrotnie. Wszyscy obecni zwrócili wzrok na Wesleyównę. Ta, nie chcąc dać im satysfakcji, przyjęła długopis i na każdej gazecie złożyła swój podpis. Później wróciła do jedzenia. W trakcie całej kolacji jeszcze kilkakrotnie podchodziły do niej trzecioklasistki.  Za każdym razem odchodziły z uśmiechem na ustach.


***


Wiewiórko,
spotkajmy się dzisiaj w Pokoju Życzeń, o 20:00.
Twój ukochany


Tak brzmiała treść notki, którą dziewczyna dostała z rana. Do tej pory zastanawiała się czy pójść. W końcu się zdecydowała i wyszła z pokoju wspólnego. Gdy dotarła na siódme piętro, przypomniała sobie, że nie wie co pomyśleć. Przez chwilę głowiła się nad tym, aż w końcu drzwi się pojawiły. Gdy weszła nie zauważyła w pokoju nikogo. Jednak chwilę później została przyparta do ściany i namiętnie pocałowana.
- Wina? - zapytał Blaise, gdy wreszcie się od siebie oderwali. Dziewczyna odmówiła. Niezrażony niczym Diabeł nalał do dwóch kieliszków. Uśmiechnął się i podał jeden Ginny. - Nie martw się, nie dolałem amortencji. Nudzę się! - wyznał. - Dawno nie zrobiliśmy kawału. Proponuję więc przejść do drugiej części umowy.
- Czyli? - zapytała zaciekawiona Ginny.
- Robimy kawał McGonagall.
- Tylko co? - zapytała i zaczęli się zastanawiać. Siedzieli tak do 22.


***


McGonagall, Minerwa
Kolejny kawał z serii Królowa&Król Żartów. Nic trudnego. Czysta transmutacja. No i trochę zaklęć. Za pomocą niewidki Harrego, dostaniemy się do pokoju McOdwaga&Szlachetność, zaczarujemy jej ręce tak, że następnego dnia każde jedzenie, którego dotknie będzie się zmieniało w karmę dla kotów.


***
Z różnych względów, postanowili dokonać tego jeszcze dzisiaj. Ginny wymarzyła sobie drzwi do pokoju Harrego i zabrała z niego pelerynę niewidkę. Potem Blaise zażyczył sobie drzwi do dormitorium McGonagall. Zanim jednak do niego weszli, rzucili na siebie zaklęcie Silencio oraz przykryli się peleryną niewidką.
Znaleźli się w przestronnym, czerwono-złotym pomieszczeniu. Na samym środku pokoju stał stolik, na karmazynowym dywanie. Pod jedną z ścian stało jednoosobowe łóżko, na którym spała siwa czarownica w papilotach.
- Czyli jednak nie zawsze nosi kok! - powiedział do niej Diabeł.
Podeszli do niej na palcach. Mimo zaklęcia, słychać było trzeszczenie podłogi. W pewnej chwili czarownica zachrapała i odwróciła się na drugi bok, przodem do Ginny i Blaisea. Miała otwarte oczy. Na początku młodzi adepci magii byli przerażeni, jednak szybko okazało się, że wiedźma dalej śpi. Podeszli więc jeszcze bliżej, każde zaczęło szeptać formułkę zaklęcia, na jedną z dwóch dłoni profesorki. Gdy skończyli wybiegli z pomiezczenia, ze śmiechem.


___________________
Witajcie! Przepraszam, że tak długo nie pisałam. Blog II pojawi się w sieci w następnym tygodniu. Wraz z nową notką na tym. I dwa rozdziały "Na dwa fronty..." Wybaczcie błędy, sprawdzałam, ale na telefonie, więc mogłam części nie wyłapać. Rozdział dla Viridi. Chciałaś by było o nich głośno? Nawet w zapyziałej szczurzej norze już o nich wiedzą. Chciałaś by były żarty? Są. Wszystkim co czytają, a sami piszą, życzę weny. Jeśli ktoś robi szablony, nie potterowskie, i mógłby mi jeden zrobić, to proszę, niech skontaktuje się ze mną na GG, numer w Patronusie numero 4.
Finite

środa, 24 kwietnia 2013

Patronus 4

Witajcie! Coś dawno mnie tu nie było, przepraszam. Chora byłam, a potem musiałam nadrabiać. Teraz obiecuję, że dodam następną notkę do Wojny dzisiaj, albo jutro. Ponadto chcę założyć kolejnego bloga. O serialu "Sherlock". Będzie to opowiadanie składające się z sms'ów. Mam już ich gotowych tyle, że głowa boli. Wszystko to dlatego, że wena mnie nie opuszcza, pcha się wręcz do mnie drzwiami i oknami. Piszę jeszcze opowiadanie na konkurs do Stoważyszenia DHL. W głowie mam jeszcze następną część prologu do "Na dwa fronty..." oraz pierwszy rozdział. Ze względu na to, że ma być tyle części prologu, to po opublikowaniu drugiej części gdzie też wyjaśni się kim jest ta Dziewczyna opublikuję Rozdział Pierwszy. Potem będzie częś 3. i Rozdział 2 itd.

Jeśli chcesz popisać, nie masz weny, nudzisz się zapraszam do napisania do mnie na GG 47207073

Przepraszam za ewentualne błędy, ale piszę to na telefonie.

Finite

sobota, 13 kwietnia 2013

Rozdział 8




Rozdział 8


Ginny skryła się w cieniu. Do pomieszczenia wszedł nie kto inny, jak Harry Potter!
- Potter, co ty tu robisz?! - wykrzyknął Snape.
- Miałem szlaban u Filcha...
- Tego się można po tobie spodziewać - przerwał mu Snape.
- Kiedy jakiś pierwszak przybiegł i powiedział, że pański gabinet stoi w ogniu... Filch kazał mi po pana pójść... - wytłumaczył się Harry.
- Mój eliksir na kaca! - wykrzyknął tylko Nietoperz i wybiegł z pomieszczenia. Po chwili salę opuścił Harry. Ginny wyszła z cienia. Postanowiła potrenować trochę uderzenia na worku. Po jakiś dziesięciu minutach, gdy na jej czole pojawiły się pierwsze kropelki potu, usłyszała chrząknięcie.
- Oj... Ruda... Jak widzę to, to co zrobiłaś Smokowi, to tylko próbka twoich umiejętności.
- CO ty tu robisz Zabini! - wykrzyknęła Ginny obracając się w kierunku, z którego dochodził głos. Jednak właściciel tego, jakże w tej chwili denerwującego Ginny, głosu stał bliżej, niż Rudowłosej się wydawało, przez co na niego wpadła, tracąc równowagę. Od upadku powstrzymały ją ramiona Diabła. Przez chwilę ich twarze były niebezpiecznie blisko siebie. A potem było już tylko gorzej, w odczuciu Ginny. Ich usta złączyły się w pocałunku... Przez chwilę świat, jakby, się zatrzymał. Blaise spojrzał w jej zielone oczy, a ona zatonęła jego w ciemnobrązowych. Wydawałoby się, że ta magiczna chwila będzie trwała w nieskończoność, jednak Ginny odepchnęła Diabła.
- CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ?! - wrzasnęła.
- Pytanie powinno brzmieć: czego sobie nie wyobrażam - odpowiedział z uśmiechem na ustach. Wesleyówna miała w tej chwili ochotę rzucić się na Zabiniego. Powstrzymała, jednak, tą chęć.
- Dziękuję za podtrzymanie - powiedziała Ginny. - Odpowiedz mi jednak na pytanie: co ty tu robisz?!
- Zostałem wybrany jako reprezentant  Hogwartu  w Międzyszkolnych Zawodach Bokserskich i Czarodziejskich.
- Taki małpolud jak ty?
- Jaki małpolud? Jestem pełnoprawnym członkiem gatunku homo sapiens! No nie ważne, ja tu przyszedłem na trening, a nie na ploteczki - powiedziawszy to zdjął koszulkę, ukazując klatkę. której nie powstydziłby się żaden zawodowy gracz w Quididtha.  Podszedł do jednego z dwóch worków treningowych i zaczął ćwiczyć. Po chwili dołączyła do niego Ginny. Po około godzinie, gdy "szlaban" dobiegał końca, Blaise nachylił się do Rudej i powiedział "Ale się podobało?!". W momencie gdy Wesleyówna miała się już rzucić na Zabiniego, do sali wparował Snape, cały w sadzy i ogłosił koniec szlabanu. Ginny spakowała więc szybko swój ręcznik i picie, następnie wyszła z sali.

***

Gdy tylko Rudowłosa weszła do dormitorium, pomieszczenie wypełnił jej głos.
- Wiesz co zrobił ten małpolud Zabini! - powiedziała w kierunku Hermiony.
- Nie Gin, nie wiem...
- POCAŁOWAŁ MNIE! - krzyknęła.
- Cóż za małpolud, za grosz taktu! - zaczęła mamrotać pod nosem Hermi. - Chodź siadaj i opowiadaj jak to było. Tylko proszę od początku - powiedziała w kierunku swojej przyjaciółki, a ta opowiedziała jej całą historię, pomijając tylko fakty o Królowej Żartów i Królu Żartów. Siedziały tak i rozmawiały do północy, a potem umyły się i poszły spać.

***

Rudowłosa istota leciała na miotle. W ręku trzymała kafla. Ominęła tłuczek. Podała kafla do kolegi z drużyny. Przed nią mignęła zielona szata. Zmusiła swoją miotłę do jeszcze szybszego lotu. W tej chwili była już pod trzema obręczami. Kafel znów znalazł się w jej rękach.
- 10 punktów dla Gryffindoru! - krzyknął komentator. Jednak piłka jest już u ślizgonów. Tłuczek wytrąca kafla z rąk ścigającego w zielonych barwach. Piłka spada. Rudowłosa nurkuje. Teraz piłka jest w jej rękach. Leci w kierunku obręczy. 20 do zera dla Gryfonów. Gra staje się coraz bardziej wymagająca - zaczyna padać, na szczęście jest to chwilowe. Słońce wychodzi zza chmur przy stanie 120 do 50 dla Gryffindoru. Znicza nadal nie widać.  Ścigający latają na miotłach od jednego pola bramkowego do drugiego. Omijają kafle. 
- Szukający zauważyli znicza! - rozlega się głos komentatora. Rudowłosa uśmiecha się i na chwilę traci koncentrację. Tłuczek uderza ją w pierś, ręce odrywają się od trzonka miotły. Dziewczyna spada. 
- Grać! - wszyscy słyszą głos Harrego. Nikt nie próbuje złapać spadającej, rudowłosej istoty. Dziewczyna spada. Niecałe pięć metrów nad ziemią zamyka oczy. Już nic jej nie uratuje przed bolesnym kontaktem z ziemią. Nagle, zamiast bólu, Rudowłosa czuje przyjemne ciepło. Unosi powieki. 
- Gryffindor wygrywa mecz!
Ciemnobrązowe oczy....

***

- Aaaa!!!! Nie on! - rozlega się głos Ginny. Nad nią stoi przestraszona Hermiona. - Zły sen... - mruczy tylko Rudowłosa i z powrotem zasypia. Śni o ciemnobrązowych tęczówkach...

***

Sobota, dzień wolny od nauki, dzień wyjścia do wioski... Wszystkie dziewczyny są podekscytowane. Muszą kupić sukienki na bal! W dormitorium  Hermiony i Ginny na podłodze i łóżkach leżą porozwalane ubrania. Same dziewczyny znajdują się w łazience, malują się. Gdy wreszcie są gotowe, schodzą na śniadanie. Równo o dziewiątej wychodzą z zamku i kierują się w stronę wioski. Następnie maraton po sklepach. Gdy sukienki zostały wybrane idą jeszcze do Miodowego Królestwa.
- Z kim idziesz na bal? - pyta Hermiona.
- Sama - nikt mnie nie zaprosił... - odpowiada Ginny. - A ty z kim?
- Na razie też sama. Liczyłam na Rona, ale, mimo iż jesteśmy razem, zaprosił Lavender...
- JĄ? Czemu ty jeszcze z nim chodzisz?
- Wiesz, że nie wiem?
- Zerwij z nim jak tylko wrócimy do Hogwartu! - mówi Ginny. Potem jeszcze przez chwilę rozmawiają, aż w końcu Rudowłosa musi iść do Trzech Mioteł - na umówione spotkanie z Cormackiem.

***

Spotkanie trwało już dobre pół godzinny.  Ginny przyjemnie się gadało z Cormackiem. Rozmawiali, chyba, na każdy temat jaki ich interesował.
- Patrzcie, patrzcie, kogo tu nam przywiało! - rozległ się głos Blaisea Zabiniego.
- Wesley, nawet ciebie nie jest godzien ten blondwłosy świntuch! - tym razem słowa te, wypowiedział nie kto inny jak Draco Malfoy. Następnie dwójka Ślizgonów zarechotała i oddaliła się w kierunku wolnego stolika. Kolejne pół godziny przebiegło bez złośliwych komentarzy ślizgonów. Gdy już mieli wychodzić, przypadkiem, twarze Ginny i Cormacka się zbliżyły, już ich usta miały się zetknąć...
- Ruda, skoro czujesz niedosyt, po wczorajszym, to mogłaś przyjść do mnie, a nie próbować całować się z tym pustym gorylem... Żeby to on jeszcze był ładny choć w jednej setnej tak jak ja... To jak, powtarzamy to co wczoraj? - zapytał Blaise i nie czekając na zgodę, pociągnął Ginny z rękę i pocałował. Cormack wybiegł z karczmy, a Ginny odepchnęła Blaise, było jednak za późno... Oboje wiedzieli, że jutro cała szkoła będzie huczała od plotek...
___________
Nowa notka! Jeszcze nie sprawdziłam, więc nie wypominajcie błędów... Miała być cz. 2 prologu Na dwa fronty... nawet zaczęłam pisać i już miałam dłuższy fragment, gdy... Pffff I nie ma. Zdradzę Wam ciekawostkę, pisząc ten rozdział słuchałam Sabatonu, między innymi 40:1... Mimo całej muzyki i tematyki utworów, notka, która powstała jest "słodka". Już Wam tłumaczę dlaczego. Stwierdziłam, że w większości opowiadań, w 8 - 10 rozdziale bohaterowie są już parą, a u mnie nawet początku nie widać. Tak więc powstał ten rozdział. Dedykacji nie ma. No może... To o plotkach, to dla Viridi - żałowała ona, że o Królowej i Królu w szkole nic nie słychać... Notka do Na dwa fronty... Pojawi się w tygodniu, albo jutro... Ankieta zakończona, zdecydowaliście, że w opowiadaniu ma się pojawić Dramione. Dziękuję za komentarze i ponad 2200 wyświetleń. Finite

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Rozdział 7

Rozdział 7

Dla wamplove.

Ginny rozejrzała się po korytarzu. Wszyscy patrzyli się na nią i na TEGO chłopaka. Uścisk powoli się rozluźnił. Dziewczyna odwróciła się. " TYM chłopakiem jest Cormack McLaggen... Co się dzieje z tym światem?" - pomyślała. Spojrzała na Hermionę. Przyjaciółka również spoglądała na nią. W jej oczach kryło się niedowierzanie. Ginny wiedziała o co chodzi.
 Gdy Ginny była w trzeciej klasie, a Hermiona w czwartej, po tym jak brązowowłosa przyszła na bal z Wiktorem Krumem, obiecały sobie, że zawsze będą sobie mówić co im leży na sercu i z kim aktualnie są, oraz jak ich związki, tak na prawdę wyglądają. Ginny podejrzewała, że Miona myśli iż ją i Cormacka coś łączy, a ona zataiła to przed nią. Hermiona odwróciła się i pobiegła korytarzem w kierunku wierzy Gryffindoru. Ginny bez zastanowienia wyrwała się z uścisku i pobiegła za nią. Dogoniła swoją przyjaciółkę pod drzwiami ich dormitorium. 
- Zaczekaj! Wszystko ci wyjaśnię Miona! - krzyknęła Ginny, a adresatka tej wypowiedzi zatrzymała się.
- Dobrze, ale nie tutaj. Chodźmy do dormitorium. - Dziewczyny zniknęły za drzwiami. Starsza podeszła do regału. - Kremowego? - zapytała, a rudowłosa kiwnęła głową. Chwilę później siedziały obie na kanapie przed kominkiem i młodsza opowiadała o spotkaniu w sowiarni oraz o dniu dzisiejszym.
- Hm... Skoro pocieszył cię już dwukrotnie... Powinnaś mu podziękować...
- Świetny pomysł! Może w tą sobotę spotkam się z nim w Hogsmeade. Napiszę do niego list.

Hej!
Dzięki za sowiarnię i dzisiaj. Może miałbyś ochotę na spotkanie w Hogsmeade, w tą sobotę, w ramach podziękowania? Byłoby miło.
Ginny Weasley

- Mogę pożyczyć twoją sowę? - zapytała Hermiony. Po chwili czarno-biała, malutka sówka szybowała po niebie, by dostarczyć list. Dziewczyny nie wróciły już na lekcje przed obiadem. Była to tylko opieka nad magicznymi stworzeniami, a wiedziały, że Hagrid na pewno zrozumie.
***
Draco szedł powoli korytarzem. Za dziesięć minut zaczynał się obiad, a on chciał być wcześniej. Blaise wytłumaczył mu dlaczego uderzył go wczoraj. Postanowił pójść wcześniej by przeprosić Granger. Nie za te wszystkie lata, na razie za tą scenę wczoraj. Chciał jej też podziękować, wbrew całemu swojemu wychowaniu, za to, że została i podała książki. Stanął w SW. Rozejrzał się.
-  Ej, Granger, zaczekaj! - krzyknął, dobrze, że nikogo nie było w SW. Dziewczyna zatrzymała się. - Chciałem cię przeprosić za moje wczorajsze zachowanie i... Podziękować, za to, że zostałaś i podniosłaś torby - dziewczyna skinęła głową i odeszła w kierunku WS.

***
W gabinecie było ciemno. Przy biurku siedział ciemnowłosy mężczyzna. "Naczelny Nietoperz Hogwartu" - tak go niektórzy nazywali. Obok niego unosiła się myślodsiewnia. " Dlaczego ten Drops musiał mi to zrobić?" - myślał. Machnął różdżką, a w tle zaczęła płynąć muzyka. (TEKST jest bardzo ważny. Włączcie proszę muzykę. Jeśli ktoś czyta na telefonie to tu ma link. Król Lew 2: Jeden z nas)




Severus Snape, bo nim był ten mężczyzna, zastanawiał się właśnie nad swoim życiem. Jego najsmutniejszym momentem życia była chwila, gdy syn Lilly wyrzucał mu, że jest niegodny zaufania, że zdradził. Potem mu wszystko wyjaśnił. Pokazał swoje wspomnienia. "Należało mu się wyjaśnienie, tyle wycierpiał, a ten dwulicowy typ nie wyjaśnił mu niczego, kazał mu tylko zniszczyć horkruksy. Co za tym idzie, zniszczyć siebie. Sam Dumbledore zniknął ze sceny." Tak, Mistrz Eliksirów był zły na Dyrektora Hogwartu. Nie mógł mu wybaczyć, że wysłał tego dzieciaka na śmierć. Mimo całej nienawiści, jaką darzył ojca chłopaka, uczucie do Lily brało górę. Martwił się więc o jej syna i chciał dla niego jak najlepiej - w końcu za niego zginęła. Severus zaczął wsłuchiwać się w tekst piosenki.


Oszukać
I zwieść
Z dala go zdradza i skaza, i sierść

Oszukać (Znieważyć)
I zwieść (do cna)
On od początku wcieleniem był zła

Oszukać (znieważyć)
I zwieść (do cna)
(Dawno pohańbił lud krwi)
Z dala go zdradza i skaza, i sierść
(Komu w drogę, temu czas)
Oszukać,
(Znieważyć)
I zwieść (do cna)
(Nic już nie trzyma go tu)
On od początku wcieleniem był zła
(Komu w drogę, temu czas)


We krwi ma zło i gniew
Tulił do snu zdrady śpiew
Niechaj gna
Niechaj trwa
Nie chcemy zapomnieć więc pieśń nasza łka

On nie jest już jednym z nas
W swoim sercu on Skazę ma
To nasz głos, to nasz sąd
Nie jest stąd

Kiedyś ktoś zdradził nas
Zniszczył wiarę w świat
Dziś to wiemy i wyrok nasz trwa
Skazy syn stać nie może się jednym z nas
Nie jest już jednym z nas


Oszukać
I zwieść
Oszukać
I zwieść
Oszukać

"Tak, tak jej syn reagował na mnie. I inni. Bo Drops chciał zniknąć. Za co? Bo zdradziłem, ale nie ich. Voldemorta. Ale zdradziłem."

***

Ginny odetchnęła z ulgą. Dzisiejszego dnia skończyła już lekcje. Teraz tylko kąpiel i do łóżka. Weszła do swojego dormitorium. Rzuciła torbę na łóżko. Wtem dało się słyszeć stukanie. Rozejrzała się po pokoju. Za oknem siedziały dwie sowy. Podeszła do okna. Jedną była sowa Hermiony, a drugiej nie znała. Otworzyła okno, a sowy zaczęły krążyć wokół jej głowy, chcąc sprawić, by Ginny pierwsza ją zauważyła. Najpierw rudowłosa zajęła się sową przyjaciółki. Przeczytała list, adresowany do niej.

Ginny,
z miłą chęcią spotkam się z tobą w sobotę. Pasuje ci godzina czternasta?
Cormac

Dziewczyna uśmiechnęła się i naskrobała odpowiedź twierdzącą. Na drugi ogień poszła brązowa, zadbana sowa. 
Panno Weasley,
ze względu na turniej częstotliwość szlabanów wzrośnie. Poinformuję pannę o wszystkim na dzisiejszej karze, która odbędzie się o godzinie 17 i potrwa aż do skutku. Obowiązuje strój sportowy.
Profesor Snape

Ginny spojrzała na zegarek, 16:40. 
- Świetnie! - powiedziała i podeszła do szafy. Na trening wybrała czarną bokserkę z nadrukiem, a do tego dobrała luźne szorty. <klik> <klik> Następnie udała się do sali, gdzie ostatnio ćwiczyła z Snapem. Ten już na nią czekał. Miał na sobie dres i bluzę. Wcale nie wyglądał tak źle, jak sobie to Ginny wyobrażała. <Wyglądał mniej więcej tak, znaczy się, miał przetłuszczone czarne włosy i nogi...>
- Dzisiaj dołączy do nas drugi zawodnik, w międzyczasie się rozgrzej. Tylko porządnie! - kilka minut później ktoś zapukał do drzwi. Ginny skryła się w cieniu. Drzwi otworzyły się i stanął w nich...


___________

Mam nadzieję, że się podoba, nie zaavadujcie mnie za przerwanie w takim miejscu! Coś mi się stało z zegarkiem w komputerze, dlatego podałam złą godzinę opublikowania notki, przepraszam. Zapraszam do przeczytania Prologu: Klasy Pierwszej, w zakładce "Na dwa fronty" mam nadzieję, że się spodoba tym, którzy go jeszcze nie czytali. Rozdział pisany pod muzyką, którą macie wyżej. Uwieeeelbiam ją!  Ah... Sprawdzę później, więc za błędy przepraszam. Nie wypominajcie mi ich w komciach - am se radę... Pamiętajcie proszę by wziąć udział w ankiecie, proszę!


piątek, 5 kwietnia 2013

Od Finite | Patronus 2

PATRONUS


Pojawiła się zakładka "Na dwa fronty...", jest to moje kolejne opowiadanie o tematyce potterowskiej, ale nie tylko. Nie ma absolutnie nic wspólnego z Wojną Żartów, po prostu mnie natchnęło, a nie chciałam zakładać nowego bloga.  Zapraszam do czytania i komentowania!

Nowa notka pojawi się w sobotę. Dzisiaj napisałam już tamten prolog, dlatego notki nie będzie. Ponawiam zaproszenie na blog Julii K, wchodzimy!
Finite

czwartek, 4 kwietnia 2013

Rozdział 6

Rozdział 6

 

Odpowiedź  do Ginny przyszła z samego rana.
Kochana Ginny,
w załączeniu wysyłam zgodę. Jestem z Ciebie bardzo dumny! Co u Ciebie? U nas w porządku. Tylko trochę Mama marudzi, że za późno wracam. Victorie rośnie jak na drożdżach! Ted zresztą też - wczoraj była u nas Andromeda. Percy znów się obraził - to już trzeci raz w tym miesiącu! No, ale cóż ja mogę...
Kocham Cię
Twój Tata 
  Pół godziny później przyszła druga wiadomość. Tym razem wyjec. Tak rodzina Weasleyów uwielbiała wyjce...
- GINEVRO MOLLY WEASLEY! DLACZEGO PROŚBĘ O ZGODĘ NA UDZIAŁ  W TURNIEJU WYSŁAŁAŚ DO SWOJEGO OJCA, A NIE DO MNIE?! MOŻESZ MI TO WYJAŚNIĆ?! BO NIBY JESTEM TAKA ZŁA, ŻE NA PEWNO NIE POZWOLIŁABYM NA TWÓJ UDZIAŁ W TURNIEJU?! NAPRAWDĘ MASZ MNIE ZA TAKĄ ZŁĄ KOBIETĘ? CO NIE ZMIENIA FAKTU, ŻE BOKS TO NIE JEST ZAJĘCIE DLA KOBIETY! - i tak jeszcze przez pięć minut głos pani Weasley wyliczał jaki to boks jest zły... - MIMO WSZYSTKO CIESZĘ SIĘ, ŻE ZOSTAŁAŚ WYBRANA DO TAKICH, PRESTIŻOWYCH ZAWODÓW! KOCHAM CIĘ! -  zakończyła. Ginewra tylko pokręciła głową i podeszła do szafy. "Co by tu ubrać..."  - zastanawiała się. Po chwili zdecydowała się na szary sweter z czarnym sercem pośrodku, do tego założyła niebieskie rurki i zwykłe trampki. Do niebieskiego plecaka włożyła czarną czapkę oraz potrzebne podręczniki.<klik> Podeszła do lustra i rozczesała swoje długie, rude włosy, zostawiła je rozpuszczone. Następnie, Ginny poszła na śniadanie. Spodziewała zastać w WS Hermionę, ale nie było jej tam. "Pewnie jest w bibliotece" - pomyślała. Na śniadanie rudowłosa zjadła tosty z serem i cukinią. Następnie wstała od stołu i udała się w kierunku lochów - pierwsze tego dnia miała eliksiry.
Weszła do sali na pięć minut przed rozpoczęciem lekcji. Niecałe dwie minuty później do klasy wpadła zdyszana Hermiona. 
- Nie spóźniłam się? - zapytała, a Ginny pokręciła przecząco głową. Minutę później do sali zaczęli napływać uczniowie Slytherinu i Gryffindoru. Równo z dzwonkiem do sali wpadł nauczyciel. Drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem. "Lubi dramatyczne wejścia. Od pierwszej klasy, rozpoczęciu lekcji, towarzyszy taki hałas. Ciekawe ile razy Snape używał na nich Reparo?" - zastanawiała się Ginny.
- Od teraz zmienicie usadzenie na mojej lekcji! - po klasie rozległ się szmer niezadowolenia. - Podzielę was alfabetycznie. Arcroft, ty z z Longbottomem, w pierwszej ławce! - i tak dobierał osoby z połowy uczniów od A do K i od L do Z. - Świetnie! Wszyscy przydzieleni...
- Panie profesorze, ja nie jestem jeszcze dobrany! - powiedział Zabini.
- To nie jest możliwe. Jest parzysta liczba osób w klasie, musiałeś nie słuchać.
- Ja też nie mam pary, panie profesorze! - odezwała się Ginny.
- Świetnie... - powiedział przez zaciśnięte zęby Snape. - Siadajcie więc razem, ostatnia ławka. Dzisiaj przygotujemy Amortencję. Wiem, że przerabialiście działanie tego eliksiru w poprzedniej klasie, a więc słucham... - do góry wystrzeliła ręka Hermiony, Ginny i, o dziwo, Pansy Parkinson. - Parkinson, powiedz nam na czym polega działanie i specyfika tego eliksiru.
- Jest to eliksir miłosny - najsilniejszy. Każdy odczuwa jego zapach inaczej.
- Dokładnie, 10 punktów dla Slytherinu! Zaczynajcie więc - eliksiry robicie w parach, tak jak siedzicie.
- Przynieś składniki Zabini! - powiedziała panna Wesley, a sama zaczęła pisać coś na kartce. Gdy tylko ciemnowłosy wrócił przekazała mu ją.

Zabini,
Bliźniaki stawiają warunki. Musisz im załatwić wejściówki na bal - trzy włosy. Proponuję im też zrobić kawał. Załatw włosy dwóch dziewczyn i jednego chłopaka. Dopilnuj też, by tamci nie pojawili się na balu. Wymyśliłam też jak podmienić Nietoperzowi buty, ale to na razie moja słodka tajemnica.

Czarnoskóry pokiwał głową na znak, że zrozumiał. Dalej lekcja przebiegła im w miarę spokojnie, nie licząc powtarzających się od czasu do czasu wyzwisk typu " Zabini, ty wyrośnięta małpo - jeszcze jeden obrót!". O dziwo eliksir skończyli jako pierwsi. Został wykonany poprawnie, dostali więc po 30 punktów dla domu.

***

Gdy wyszli z sali do Zabiniego podszedł Draco.
- Diable, ta szlama... - tu oczywiście przerwał, bo na twarzy wylądowała pięść Blaisea. - Chłopie! O co Ci chodzi!  Ilekroć powiem to słowo na "sz" bijesz mnie w twarz! - powiedział rozmasowując sobie szczękę. - Dlaczego? Ja się pytam.
- Domyśl się! - powiedział tylko Zabini i odbiegł w kierunku gabinetu Snapea,  ponieważ nauczyciel go wołał.

***

W tym samym czasie Ginny wyszła z gabinetu nauczyciela - dawała mu zgodę nauczyciela. Wtem podbiegł do niej Dean. " Pewnie zaprosi mnie wreszcie na bal!" - pomyślała.
- Finite! - powiedział.
- Słucham? - zapytała Ginny ze zdumieniem.
- To koniec, rozumiesz? Nie chciałem ci robić wstydu w Wielkiej Sali, dlatego mówię to dopiero teraz.
- JA CIĘ PYTAM DLACZEGO! - krzyknęła Ginny, a głos miała donośny - odziedziczony po starszej z kobiet Weasley.
- Jak to DLACZEGO?! Bo mnie zdradzasz! Myślisz, że jestem taki głupi, że tego nie zauważam? Po całe szkole chodzą plotki, że spotykałaś się kilkakrotnie z Nottem. Potem ktoś widział cię w korytarzu jak szłaś korytarzem, po którym chwilę wcześniej szedł Zabini, a potem zniknęliście gdzieś oboje na kilka godzin. Teraz z nim jeszcze siedzisz na eliksirach! Ja się nie wtrącam do tego! Ja z tobą po prostu zrywam! - wykrzyczał i odszedł.  W tym momencie ktoś przytrzymał ją w pasie, tak by nie rzuciła się za Deanem z pięściami. " Spokojnie, nie jest tego wart..." - wymruczał jej do ucha. " To on! Ten z wieży!" - wykrzyknęła w duchu rudowłosa i cała złość odpłynęła z niej.


___________________________


Wybaczcie, że notka tak późno. W tej chwili jest 7 komentarzy pod poprzednią notką. Jeszcze 3 i nie zawieszam bloga.  Dziękuję za pobicie rekordu. Wczoraj blog został wyświetlony 182 razy. Rozdział miał być dłuższy, ale miałam mało czasu... Ah, mam nadzieję, że podoba Wam się akcja w tym rozdziale. Już w następnej notce dowiecie się kim był ten chłopak! Będzie ona jutro bądź w sobotę, albo nigdy jej nie będzie - 10 komentarzy, poprzednia notka. Chyba, że w procesie twórczym nie wspomnę o tym chłopaku... Ale raczej nie będę trzymała Was w tej niepewności. Zakończenie następnej już mam... I początek 8 rozdziału xD. Życzę Wam weny do komentarzy.

środa, 3 kwietnia 2013

Rozdział 5

Rozdział 5

"Teraz pozostało tylko powiadomić Blaise, że ma znaleźć 3 włosy... Ehhh... Byleby dał się przekonać." - myślała Ginny, postanowiła odłożyć to jednak na później i wróciła do WS. Od progu przywitał ją krzyk Rona.
- Co to miało znaczyć! O czym powiedziałaś Fredowi i Georgu, a mnie nie raczyłaś wspomnieć?! Czyżbyś miała nowego chłopaka?! - wykrzykiwał na całą salę, był cały czerwony na twarzy.
- Co ty sugerujesz? Chodzę z Deanem! Chodziło im o to, że widzieli kogoś łudząco podobnego z Nottem! Uprzedzając twoje pytanie, nigdzie z nim nie byłam. - odpowiedziała spokojnie. Ron nic nie odpowiedział. Zabrał się z powrotem za jedzenie swojego kurczaka (Ron + Chicken = Love). Ginny usiadła koło Hermiony. Wyglądała ona na zamyśloną.
- Nad czym myślisz? - zapytała Rudowłosa.
- Na balu zostaną ogłoszeni prefekci naczelni... Chciałabym zostać wybrana, ale jest jeszcze tylu prefektów z klas siódmych....
- Na pewno nim zostaniesz! Bo kto inny? Ron? Nie rozśmieszaj mnie! A może ta Fretka? Albo Cho? Jak sam Dumbledore stwierdził, jesteś najbardziej inteligentną czarownicą od czasu samej Roveny Ravenclav! Czym więc się martwisz? - pocieszała swoją przyjaciółkę Ginny.
- No nie wiem... - nie dawała się przekonać Hermiona.
- Eh! Z tobą to tak zawsze! - skomentowała tylko Ginevra i zajęła się jedzeniem naleśnika z jagodami, natomiast Miona rozkoszowała się smakiem wielu owoców.
***

- Witam pannę - powiedział na wstępie profesor Snape. Był w dobrym humorze - na obiad zjadł sześć pysznych naleśników z truskawkami. Jego ulubionych - zrolowanych. Kiedyś zastanawiał się dlaczego na stole nauczycielskim mogą stać tylko te złożone w serwetkę. Nawet zapytał o to Dumbledora. Odpowiedział on, że to ciekawe przemyślenia... "To jest takie niesprawiedliwe..." - myślał Severus. - Pójdziesz za mną! - powiedział i ruszył w kierunku schodów. Kilka pięter w górę zatrzymał się przed jakąś salą i gestem zaprosił do niej Ginewrę. Drzwi zamknęły się za nimi z trzaskiem. - Profesor Dumbledore jest pełen uznania dla twoich ciosów. Nie wiem czy wiesz, ale co kilka lat organizowane są Międzyszkolne Zawody Bokserskie i Czarodziejskie. Polegają one na tym, że reprezentant i reprezentantka każdej ze szkół magicznych biorą udział w dwóch turniejach. Jeden zakłada pojedynki bokserskie, a drugi walki na zaklęcia. W tym roku nasza szkoła również bierze w nich udział. Po twoim dzisiejszym pokazie Dyrektor zdecydował, że ty będziesz reprezentować Hogwart, argumentem za, jest to, że brałaś udział w bitwie o Hogwart oraz uczęszczałaś na zajęcie do Pottera. Pytanie jest takie: czy zgodzisz się reprezentować szkołę?
- Oczywiście! - odpowiedziała Ginny.
- Jest tylko jedno "ale" - twoi rodzice muszą wyrazić zgodę... Mimo iż w świetle prawa jesteś pełnoletnia, to nadal uczysz się i rodzice mają prawo o tym zadecydować.
- Jutro postaram się ją profesorowi przynieść.
- Dobrze... W kwestii treningów - odbywać się będą na szlabanach. Treningi bokserskie będziesz miała ze mną, tak jak i okulumencję - Ginny o mało oczy wyszły z orbit, gdy to usłyszała... Zaraz w jej umyśle pojawił się obraz jej nauczyciela ubranego w bokserkę i szorty. Zaśmiała się. - 5 punktów od Gryffindoru, za śmianie się z nauczyciela. Z czarami i obroną jeszcze ustalimy. Dzisiaj zajmiemy się okulumencją. Liczę do trzech. Jeden. Dwa. Trzy.

***
W głowie Ginny kołatały się wspomnienia. Udało się jej za szóstym razem opóźnić wdarcie do jej umysłu. Za piętnastym razem nauczyciel nie dał rady. Była z siebie dumna. Przypomniała sobie ostatnie słowa nauczyciela: " Nikomu, na razie, nie możesz powiedzieć, że trenujesz boks. Wyjątkiem jest oczywiście panna Granger. Sądzę, że zna ona kilka pomocnych zaklęć na siniaki."  Szła właśnie do swojego dormitorium.
- Jak było na szlabanie? - zapytała Hermiona.
- Nie zgadniesz co się stało! - powiedziała i streściła swój szlaban.
- To dobrze, że uczysz się okulumencji. Naprawdę udało ci się za piętnastym razem? Harremu chyba nigdy się to nie udało...
- To on też uczył się okulumencji?
- Tak, a kim jest drugi zawodnik?
- Nie wiem... - rozmawiały ze sobą jeszcze przez pół godziny, a potem Hermiona poszła się umyć. Ginny zastanowiła się jak przekonać rodziców by napisali zgodę. Po krótkim namyśle zdecydowała się wysłać wiadomość tylko do swojego taty.
Hej Tato!
Zostałam wybrana do Międzyszkolnych Zawodów Bokserskich i Czarodziejskich. Bym mogla być ich uczestnikiem potrzebuję Twojej lub Mamy zgody... Więc  gdybyś był tak miły i podpisał ten dokument...
Kocham Cię, pozdrów Mamę
Ginny


________________________________




No więc, rozdział jest krótki. Ale jak będą pod nim dzisiaj 3 komentarze od różnych osób to rozdział będzie jutro. Jeśli zaś nie będzie do niedzieli 10 komentarzy od różnych osób, a wiem, że dacie sobie radę - te kilka osób, które wymieniłam poniżej, nie dałyby rady nabić aż 122 odwiedzin jednego dnia, a 1202 od powstania bloga, zawieszam go. Trudno. Będę stosowała drastyczne środki, skoro nie komentujecie. Nie mówię  tu oczywiście o Blackie Line, Viridi Prati czy Drowned in the sky. Weźcie je sobie za przykład. Tak właściwie to im jest zadedykowany rozdział. 

"Wiedziałam, że są na Ziemi rzeczy, których nie ogarnę i chyba jedną z nich jest część twojej wyobraźni..."          Viridi Prati, 2 kwietnia 2013

 No i oczywiście dedykuję go Juli K + klik w link

sobota, 30 marca 2013

Gdy Pieczęć mienić się się zacznie żywym złotem.


 Gdy Pieczęć mienić się zacznie żywym złotem

To opowiadanie Wielkanocne. Nie zostało jeszcze poprawione. Tak więc błędów nie wytykajcie. Jest ono dedykowane pamięci Richarda Griffithsa, zmarł wczoraj. To jest jeden jedyny raz kiedy opowiadanie jest takie długie. Nigdy znów takie nie będzie. Mam nadzieję ujrzeć dużą ilość komentarzy. Dalej teksty przepowiedni, kołysanki i epilogu są dziełem mojego geniusza - Tysi - Blue Bubble Neko. Gratulacje dla niej. Nie życzę sobie, żeby ktokolwiek skopiował to opowiadanie. Zbyt dużo nad nim siedziałam. 

Teraz tak:
Dla wszystkich czytelników,
z życzeniami zdrowia i radości,
oraz wesołego jajka
Finite Incantatem




I.  POCZĄTEK


Gnałam na złamanie karku przez błonia. Przez mgłę widziałam już zarysy bijącej wierzby.
„Bławatki za moment się pojawią” myślałam. „A co to są bławatki?” zapytałam
mnie, głosem Hermiony, moja podświadomość. „Ohh, to takie, jakby, muszki… W
kształcie bratków! Są widoczne tylko o północy 29 lutego! Oczywiście trzeba
mieć do tego specjalistyczny sprzęt” machnęłam w powietrzu moimi okularami.
- Luna!!!- krzyknął ktoś za moimi
plecami.- Zatrzymaj się, ja już ledwo powłóczę nogami.
- Oh Neville, dasz radę to już
niedaleko!- odkrzyknęłam mojemu towarzyszowi dobiegając do wierzby. Ta nawet
się nie ruszyła, nie wiem czemu, ale tylko gdy ja podchodziłam nie zaczynała
atakować. Widząc dobiegającego Nevilla dotknęłam wierzbę w sęk. „Teraz w dół!”
zakrzyknęłam w myślach wchodząc do tunelu.
-Teraz w prawo, lewo, na ukos
przez komnatę i do góry!- zawołałam do Nevilla. Gdy przebyliśmy całą drogę na
powierzchnię wyszliśmy na środku polany.
- Gdzie my jesteśmy?- zapytał.
-W Zakazanym Lesie! To polana
centaurów-powiedziałam.- Nie martw się, nie zrobią nam krzywdy!
-Skoro tak mówisz…-powiedział nie
do końca przekonany Nevill. „Luna!” odezwał się głos w mojej głowie. „ Tak???”
zapytałam siebie. „Pamiętasz co ma dzisiaj być?” „Bławatki!” wykrzyknęłam z
radością. „Nie coś ważniejszego. Pomyśl, dlaczego otrzymałaś od profesor McGonagall pozwolenie na wyjście z Nevillem tylko na godzinę?”, „Bo dzisiaj jest
niespotykane ustawienie planet. Raz na trzy tysiące lat planety 29 lutego na
trzy godziny poczynając od północy są ustawione w konfiguracji w której Uran
jest bliżej Ziemi niż Jowisz!” oznajmiłam głosowi Hermiony. „Powinnaś to
wiedzieć Herm!” zarzuciłam mojej koleżance. „ Luno ja jestem twoją
podświadomością! Nie mogę dawać Ci rozwiązań na tacy. Ciekawe gdzie jest Uran?”
zapytała. „Na niebie, jeśli masz na myśli planetę, jeśli nie to Centaur
powinien tutaj…” - urwałam.
-Neville! Widzisz tu gdzieś
jakiegoś centaura?- zapytałam z nadzieją w głosie.
- Nie ma tu nikogo Luno.
- To źle, że tu nikogo nie ma…- w
tym momencie mój kieszonkowy zegarek wybił północ.- Załóż okulary-powiedziałam
do Nevilla, sama zakładając swoje. Tak jak się spodziewałam zadziałały ukazując
bławatki. Podeszłam do najbliższego. Już miałam poprosić by Nevill tu przyszedł
gdy w połowie pierwszego dźwięku przerwał mi krzyk. Z duszą na ramieniu
odwróciłam się. Okazało się, że to mój towarzysz potknął się na jedynym
wystającym korzeniu na całej polanie. Z mojej perspektywy wyglądało to jakby
Nevill złamał sobie nogę, jednak gdy do niego podeszłam kamień spadł mi z
serca, wyglądała tylko na zwichniętą. „Luna” znowu odezwała się Hermiona z mej
głowy. „Luna!” - kolejny raz rozdźwięczało mi w głowie! " O co ci chodzi?" krzyknęłam. " Rozejrzyj się, nie mogę Ci powiedzieć! Boję się!" darła się moja podświadomość. Wzielam więc pomogłam Neillowi dostać się w cień drzew. W tym momencie na polanę wbiegł centaur.
- Avada Kadavra! - błysnęło zielone światło.
- Nie! - wytrwało się z mojego gardła. - Expeliarmus! - krzyknęłam jednak czar minimalnie minął czarną postać wychodzącą z mroku. - Difindo! - odbicie. - Avada Kadavra! - widziałam. Zielone światło. Mknęło ku mnie. Wiedziałam, że nie zdążę uciec. Poczułam łaskotki. " Umieranie jest nawet przyjemne..." pomyślałam.  Wtem się skończyło. Jednak nie moje życie. Światło... Polana rojaśniona była jedynie blaskiem księżyca. Skupiał się on jednak wokół mych stóp. Czarna postać stała nieruchomo.
- Petryficus Totalus! - powiedzialam spokojnie, jednak postać odbiła zaklęcie.
- Morsmorde! - krzyknęła, zniknęła, a ja patrzyłam jak na niebie pojawia się znienawidzony znak.  Usłyszałam trzask teleportacji.Na polanie pojawiła się profesor McGonagall.
- Panno Lovegood, nic co nie jest? Co z Longbotomem?  - zapytała.
- Żyjemy... Kto to był?
- Ehhh... Obawiam się, że walczyłaś... -  nie zdążyła skończyć.
- Przeżyłaś! - krzyknął Neville. - Przeżyłaś!
- Tak panie Longbotom - panna Lovegood ma się dobrze. Widzę, jednak, że coś się stało z pańską nogą. Pani Pomfry zajmie się nią gdy tylko dotrzemy do zamku - w tym momencie na polanę wbiegła Hermiona.
- Już jestem pani profesor. Dra... Malfoy zostsał w zamku... Pani profesor - Hermiona zacięła się patrząc w niebo. - CO TUTAJ ROBI MROCZNY ZNAK?!
- Jaki znak...- zapytała McGonagall, jednak zaraz go zauważyła
. Nad polaną unosiła się znienawidzona, ale i wzbudzająca strach czaszka wraz z wężem wyłaniającym się z jej ust. - Panno Granger, proszę teleportować się wraz z Longbotomem do zamku - mruknęła formułkę zaklęcia i Hermiona wraz z Nevilem zniknęli. - My poczekamy na Ministerstwo - zwróciła się do mnie.
"Żyjesz" - powiedziała Hermi z mojej głowy. "Tak, co w tym niezwykłego?" - zapytałam. "Oberwałaś Avadą!"
- Eh! - westchnęłam, a McGonagall popatrzyła na mnie.
- Mówiłaś coś? - zapytała, pokręciłam głową.



***


Godzinę później siedziałam w gabinecie dyrektorki. Za biurkiem wisiały portrety wcześniejszych dyrektorów, między innymi profesora Dumbledora i Snapea. Do tego pierwszego pomachałam wesoło ręką. odmachał. Jak poinformowała mnie przed chwilą pani profesor pracownicy Ministerstwa zajeli się już Czarnym Znakiem, a kilku aurorów wyruszyło by znaleźć centaury. W tej chwili czekałam na przybycie Ministra Magii, który miał mnie przesłuchać. Kolejny raz rozejrzałam się po pomieszczeniu. Wstałam i podeszłam do myślodsiewn, przejrzałam się w lustrze wiszącym nad nim. Wyglądałam tak... zwyczajnie. Nie spodobało mi się to. Podniosłam więc prawą rękę by lekko zwichrzyć fryzurę. I wtedy to zobaczyłam...
-AAAAA!!! - krzyknęłam, a do pokoju wpadł Puchon z siódmej klasy - najwyraźniej miał mnie pilnować. 
- Luna opanuj się! - powiedział, jednak gdy zobaczył moją rękę sam musiał zdusić krzyk. Ręka prezentowała się w miarę normalnie - blada z długimi, zgrabnymi palcami - jednak na grzbiecie dłoni pojawiło się coś pomiędzy tatuażem a blizną. Miało to kształt układu słonecznego. Planety ustawione były w tej samej konfiguracji co dziś, jednakże Uran jakby... promieniował dziwnym blaskiem. "Och!" - odezwała się Hermiona w mojej głowie, ja jednak milczałam. 
- Wiesz, panienko, co to jest? - zapytał mnie Dumbledore z obrazu. - To jest coś pośredniego między Mrocznym Znakiem, a blizną Harrego. To co masz na ręce to Pieczęć Centaura. Bardzo rzadka. Skąd ją masz? Choć, jak sądzę nie znasz odpowiedzi na to pytanie, to może przypominasz sobie jakiś dziwny fakt z ostatnich kilku godzin?
- Och! Słyszałam o tym! - wykrzyknęłam.
- Możesz mi wyjaśnić? - zapytał Puchon, w którym poznałam mMichaela Tarrnera. 
- Oczywiście! Jest 7 "głównych" rodów centaurów. Ród Merkurego, Wenus, Marsa, Jowisza, Saturna, Urana, Naptuna. Co siódmy potomek w głównej lini rodu otrzymuje otrzymuje imię patrona. Jest tylko jeden warunek. Na Ziemi może żyć tylko jeden Merkury, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun i jedna Wenus na raz. Każdy z tych centaurów może objąć opieką jednego człowieka. Zdarza się to bardzo rzadko gdyż te istoty nie przepadają za nami. Z tego również powodu nie wiadomo na czym taka pieczęć polega - ostatni zarejestrowany przypadek miał miejsce 700 lat temu!
- Dokładnie! - pochwalił mnie Dumbledore. - To może być potężna magia! Nie wspomniałaś jednak o jednej rzeczy - centaur może wybrać jedną osobę, ale dopiero gdy centaur umrze istota ta dostaje Pieczęć. Znasz, albo znałaś jakichś centaurów?
- Urana...- zamyśliłam się, a z moich oczu pociekły łzy. - Zginął tej nocy - powiedziałam. Po tej wypowiedzi zaległa cisza. Odeszłam od myślodsiewni i usiadłam na krześle naprzeciwko biurka. Piętnaście minut później w kominku pojawił się Kingsley Schacklebot - Minister Magii, potem jeszcze kilkoro pracowników Ministerstwa i mój tata.
-Tato! - wykrzyknęłam. - patrz na moją rękę!
-Ohh! - powiedział tylko i mnie przytulił. Widząc zgromadzenie i Kingsleya skłonił się. - Dobra Noc! Panie Ministrze - powiedział.
- Właściwie to już dzień dobry - odpowiedział czarnoskóry i uścisnął memu tacie dłoń. Kilka minut później do gabinetu przybyła McGonagall.
- Witam wszystkich. jak rozumiem sprowadza państwa sprawa Mrocznego Znaku. To panna Luna Lovegood. Wraz z Nevillem Longbotomem była na polanie gdy to się wydarzyło. Panno Lovegood proszę opowiedzieć co się stało. - powiedziała.
- Poszłam na polanę wraz z Nevillem by obserwować bławatki... - opowiadałam. - Wtem na polane wbiegł centaur - Uran - niestety chwilę później już nie żył, zabiła go postać w kapturze. Nim minęła chwilka już z nią walczyłam... - tu podałam wszystkie zaklęcia, które padły podczas walki. - Potem krzyknęła Avada Kedavra. Następnie Morsmorde i zniknęła.
- Zaklęcie niewybaczalne? W kogo? - zapytała jedna z pracownic.
- Jak to w kogo? We mnie!
- Umiesz odbijać zaklęcie śmierci?
- Minęło Cię? - padały kolejne pytania.
- Zaklęcie trafiło...
- Dziecko, nie czas na żarty - powiedział jakiś starszy Pan.
- Żarty? - zapytałam.
- Nie mówisz chyba prawdy - powiedział ten sam mężczyzna.
- Czy wyglądam, jakbym kłamała? Po namyśle to może wina Pieczęci - odpowiedziałam.
- Jakiej? O co chodzi? - w pomieszczeniu zabrzmiały pytania.
- CISZA! - krzyknął Dumbledore  z obrazu. - Michaelu, zaprowadź Lunę do skrzydła szpitalnego. - Ja opowiem tu zgromadzonym o Pieczęci.
***
W skrzydle szpitalnym  dostałam kilka eliksirów na wzmocnienie. Gdy tylko pielęgniarka wyszła, rozejrzałam się po sali. Byłam tu tylko raz w czwartej klasie. Pomieszczenie właściwie się nie zmieniło. Brakowało tu tylko Harrego, Hermiony, Rona i Ginnny. Podeszłam do Nevilla, leżącego na sąsiednim łóżku. Spał. Wyglądał tak ładnie. Na jego twarzy zagościł spokój. Co jakiś czas się uśmiechał. Usiadłam przy jego łóżku. Pogładziłam go po włosach. "Ta cisza jest taka nienaturalna..." - pomyślałam.
- Tam, gdzie świat się już zakończył,
Tam, gdzie smutek, strach i śmierć.
Tam, gdzie czarne kwitnął róże,
Tam, gdzie drzewa piją krew.
Tam to właśnie czarna dama,
Pod skrzydłami skryła biel.
Nigdy już nie zazna słońca,
Ten zszarzały smutny dzień.
Ginie każde tam stworzenie,
Jego duszę zjada czart.
Tam już nigdy nic nie będzie,
Tam już umarł cały świat.
 Tę kołysankę zaśpiewała mi pewnego dnia moja Mama. Kilka godzin później już nie żyła. "Dlaczego ją zaśpiewałam?" - zastanawiałam się. Nachyliłam się i pocałowałam Nevilla w czoło, nie wiem, dlaczego.
- Pomyluna - odezwał się ktoś za moimi plecami.  "Pff... Draco Malfoy. Ten..." - odezwała się Hermi z mojej głowy. Kontynuowała, ale zagłuszyły ją słowa Malfoya. - McGonegall cię wzywa.

***

Hej Tato! - odezwałam się wesoło, gdy weszłam do gabinetu Dyrektorki. Miał markotną minę tak, jak na pogrzebie Mamy i kiedy dowiedział się, że Voldemort powrócił.
- Panno Lovegood. Wie Pani, co to myślodsiewnia? Świetnie! Za moment pokażę Pani wspomnienie. Porozmawiamy, jak je obejrzysz - podeszłam do misy. McGonegall wlała do niej srebrzysty płyn. Włożyłam głowę.

***
Znalazłam się w holu szkoły. Musiało być to tuż po II bitwie o Hogwart. Wszędzie walały się gruzy. Obok mnie stała profesor McGonegall.
- Pani Profesor! Stało się coś Pani Travnely! - krzyczała jeszcze ze schodów Parvatti Patil. - Chyba wpadła w trans! McGonegall nic nie mówiąc, pobiegła za nią, a ja, siłą rzeczy, również. Gdy wpadłyśmy do  pomieszczenia, moje oczy musiały przyzwyczaić się do panującego tam mroku. Na samym środku pokoju stała nauczycielka wróżbiarstwa. "Ta stara... ropucha!" - powiedziała Miona z mojej głowy. Travnely miała nieobecny wzrok.
- Gdy Pieczęć mienić się zacznie żywym złotem,
A półkoń, półczłowiek zastąpi jej drogę,
Sami-Wiecie-Kto już będzie czekał,
by w proch przemienić tego człowieka. - Odezwała się dziwnym, grobowym  głosem.
- Życie odbierze jak za dotknięciem różdżki,
delikwent znajdzie się w ciele staruszki.
Z piersi ostatnie ucieknie tchnienie,
a z ramion spadnie najcięższe brzemię. - dokończyła Parvatti. Nagle wszystko zniknęło.

***
Panno Lovegood, pozwoliłam sobie wezwać tutaj pannę Patil. Proszę nie mówić, kto jest autorem drugiej części przepowiedni - chwilę później do gabinetu weszła Parvatti. - Wezwałam cię tutaj, ponieważ jesteś najlepsza z wróżbiarstwa. Razem z Panem Ministrem, który tutaj za moment przyjdzie, prosimy cię byś zainterpretowała nam pewną przepowiednię - tu McGonegall wręczyła jej kartkę z tekstem. - Oczywiście nie może ona wyjść poza ten pokój. Rozumiemy się? Świetnie! - pięć minut później przyszedł Minister i przywitał się z Parvati.
- Chyba rozumiem już o co chodzi w tej przepowiedni. Na pewno trzeba zacząć od tego, że ile osób, tyle interpretacji, a i tak żadna może się nie spełnić. Coś mi podszeptuje, że może tu chodzić o Lunę i Sami-Wiecie-Kogo - Voldemorta. Oznacza to, że... - spojrzała na McGonegall i Kingsleya - ... Voldemort powróci bądź powróci.
- Mamy podejrzenia, że to się już stało. Znaleźliśmy martwe jednorożce. Znowu. Dla pewności trzeba by jeszcze sprawdzić u kogoś z Mrocznym Znakiem - powiedział Kingsley. W tym momencie drzwi otwarły się i wpadła przez nie Hermiona podtrzymująca Draco.
-Proszę... Mroczny Znak... Wyraźny! - dało się zrozumieć pośród bełkotu Draco.
- Panno Granger proszę zabrać pana Malfoya do skrzydła szpitalnego - rozkazała Dyrektorka gdy tylko zobaczyła jego lewe ramię. - Sądzę Kingsley, że mamy ostateczne potwierdzenie. Voldemort powrócił. Panno Parvati proszę kontynuować.
- Jest tu też coś o pieczęci..
- Chodzi o Pieczęć Centaura, gwoli ścisłości - powiedział Dumbledore z obrazu.
- W każdym razie w drugim wersie chodzi pewnie o działanie tej pieczęci. Dalej to chyba oczywiste. Voldemort zapragnie zniszczyć tą osobę. Dalej jest trudniej. Ktoś na pewno zginie. Raczej więcej niż jedna osoba. Dwa pozostałe wersy... To tajemnica. Wcześniejszy można przetłumaczyć dosłownie... Ehhh... Już nic więcej nie rozumiem.
- Voldemort powrócił. O tym trzeba poinformować nasz świat. I premiera - powiedział po chwili Kingsley. Wtem do gabinetu wpadła sowa. Minister odwiązał list. - Wiadomo już z kim walczyłaś - odezwał się do mnie smutnym głosem. - Był to sam Voldemort. Dodatkowe badania wykazały, że jest tak samo silny jak sprzed pierwszego upadku. Niestety muszę w takim razie szybciej wysłać sowę do Proroka Codziennego oraz spotkać się z premierem w trybie natychmiastowym. Minerwo zabezpiecz zamek, zostawiam ci aurorów. Dodatkowo wyślę do ciebie pozostałych przy życiu członków Zakonu Feniksa - druga sowa wleciała. Minister wytrzeszczył oczy. - Masowa ucieczka z Azkabanu... Powiedz Malfoyowi, że jego ojciec jest w Mungu i, że przeszedł na naszą stronę. Znowu się zaczęło...

***

Wszystko wyglądało prawie tak samo. Zebranie w WS. Pierwszaki i drugoklasistki ocierali skrycie łzy. Niedowierzanie starszych roczników. Wszystko było takie straszne. Poszłam na Wierzę Astronomiczną. Patrzyłam na księżyc. "Luna!" - odezwał się głos w mej głowie. "Dasz radę! Harry sobie poradził więc ty..."
- JA NIE JESTEM HARRYM!!! - krzyknęłam w ciemność. - To za wiele dla mnie! Tylu ludzi zginęło przy poprzedniej walce... Teraz też mogą.  Znów wszystko będzie okryte pyłem! Pojawią się stada gnębiwtrysków... Ludzie oszaleją! - ktoś mnie przytulił.
- Luno! Uspokój się! - powiedział Neville. Wtuliłam się w niego. Tak ładnie pachniał. Zamknęłam oczy, a z nich popłynęły łzy. Neville głaskał mnie po głowie.

***

Korytarz. Ciemność. Przetarłam oczy. "Jak ja się tutaj znalazłam?" - zapytałam w głowie. Nie otrzymałam odpowiedzi. Rozejrzałam się. "Co tak tu będę stać?" Poszłam kilka kroków do przodu. Potknęłam się. Płyta nagrobna. Odskoczyłam. "Remus Lupin i Nimfradora Tonks- Lupin" - głosiła. Łza spłynęła mi po policzku. Poszłam dalej. Znów się potknęłam i znów o nagrobek. "Fred Weasley". Kolejna łza. Krok i upadek. "Lavender Brown".  Po moich policzkach coraz szybciej płynęły łzy. Szłam dalej i upadałam. Wstawałam, a przed oczami migały mi twarze osób, które zginęły. W końcu weszłam do jakiejś sali. Na środku leżał Uran. Obok niego pojawił się inny centaur. Martwy. Ręka mnie zapiekła. Pieczęć mieniła się na zielono. Znów ból, kolejne ciało, inne światło i tak dalej. Ból, ciało, światło. Aż w końcu ból był tak silny, że upadłam. Pieczęć zaświeciła na złoto. Zamknęłam oczy. Gdy je otworzyłam byłam znów w korytarzu. Nagle rozbrzmiał głos.
- Avada Kedavra! - zielone światło i ciało, które upada. McGonegall.
- Znajdę Cię! - echo... Głos wwierca mi się w uszy...
- Avada Kedavra! - zielone światło i ciało, które upada. Harry. Bezradność. Echo. Zielone światło. Ron. Bezradność. Echo. Zielone światło. Parvati. Bezradność. I tak dalej... Echo. Światło. Ciało. Bezradność. Echo. Światło. Ciało. Bezradność. Echo. Światło. Ciało. Bezradność.Echo. Światło. Ciało. Bezradność. Echo. Światło. Ciało. Bezradność. Echo. Światło. Ciało. Bezradność. Echo. Światło. Ciało. Bezradność.
- Znajdę i zabiję! - znów echo. Coś mnie pcha. Upadam.
- Avada Kedavra! - zielone światło. Coś upada. Na mnie! Jest zimne.
Neville.
Neville.
Neville.
- Czy tego chcesz Luno?  - głos. Moje uczucia. Strach. Bezradność. I łzy...

***

-AAAAA!!! - mój krzyk niesie się po błoniach.  
- Luno! Żyjesz! - dociera do mnie głos Nevilla. Wtulam się w niego.  "Żyjesz" - szepczę. 
- Dziękuję za to, że jesteś - mówię. "Niech ta chwila trwa w nieskończoność!" myślę.
-WYDAJCIE JĄ! - TEN głos. Teraz wszyscy go słyszą. wiedzą też o kogo chodzi. O mnie. - PÓŁ GODZINY - teraz też wszyscy wiedzą o co chodzi.
- Luna! McGonagall mówi, że masz zejść na dół! - mówi Michael, który zadyszany wpadł właśnie na wierzę. Schodzę więc.  Na dziedzińcu stoi McGonegall. "Sonorus" mruczy.
- NIE WYDAMY JEJ! TAK BĘDZIE ZA KAŻDYM RAZEM! POGÓDŹ  SIĘ Z TYM! - mówi. Przychodzi odpowiedź.
- W TAKIM RAZIE III BITWĘ O HOGWART CZAS ZACZĄĆ.


II. III BITWA O HOGWART

 

Tak... Uszy mnie nie zawiodły. Tym razem w zamku znaleźli się wszyscy uczniowie. I wszyscy wiedzieli, że nikt nad nimi się nie zlituje. Tym razem jednak wszyscy zaczęli działać razem. Wszystkie domy się zjednoczyły. Uczniowie zostali podzieleni na oddziały.
 
 OddziBłonia, dowódcy: Harry i Ron. Oddział składał się z najlepszych w magii bitewnej powyżej 17 lat oraz kilku aurorów. Oddział Wierza, dowódcy: Draco i Hermiona. Składał się z najlepszych z zaklęć.  Dwa oddziały Zielarni; Sowiarnia i Szklarnia, dowodzili nimi profesor Sprout Neville, składał się z najlepszych z zielarstwa. Oddział Szpitalny w składzie: dwóch lekarzy z Munga, pielęgniarka, kilku uczniów. Oddział Obrony i Barier, pod dowództwem profesora Fitwick'a i George, oddział Atakujących, składający się z kilkunastu aurorów i członków Zakonu Feniksa. Oddział Poczty Polowej, zarządzany przez Pansy Parkinson i Parvati Patil. Oddział Miotlarzy, pod dowództwem Blaisea Zabiniego i Ginny. Składał się z  graczy w quidittcha. Oddział Eliksirów, za dowódzcę miał Slughorna, w jego skład wchodzili najlepsi z eliksirów. Było ich jeszcze wiele... W tym pododdziały polowe.

***

Dokładnie dnia 19.09.1999 o godzinie 19:19 rozpoczęła się trzecia bitwa o Hogwart. Śmierciożercy ruszyli. Czasami rodzice przeciw dzieciom. Błyskały zielone światła. I żółte. I niebieskie. I pomarańczowe. Miotlarze zrzucali bomby z eliksirów na  śmierciożerców. Nigdzie nie było Voldemorta. Rzuciłam się w wir walki.
- Diffindo!
- Expulsio!
- Drętwota!
- Cruciatus!
Wróciłam do zamku by pomóc oddziałowi Wierza.
- Avada Kedavra! - usłyszałam. Zielony błysk. Dziewczyna z Gryffindoru, chyba piątoklasistka, pada martwa na ziemię. Do moich oczu napływają łzy. Biegnę dalej... "Bombarda Maxima!" - słyszę. Jedno bicie mego serca. Wszystko zamiera na ułamek sekundy. Dziesięć osób przede mną słyszy to samo. Odruchowo się kulę. Wszystko wybucha. Nie ma już ściany. Gruzy wzlatują w niebo. Zatrzymują się. Spadają. Nic mnie nie trafia. Ale Pieczęć piecze. Pierszoklasiście przede mną przygniata nogi.
- Windgardium Leviosa! - krzyczę i uwalniam go od ciężaru. - Pomocy! - ktoś podbiega i zabiera go do skrzydła szpitalnego. Przede mną inni pomagają sobie nawzajem. Dla niektórych jest już jednak za późno. Łzy mieszają się na moim policzku z pyłem. Biegnę dalej. Do wierzy wpadam w momencie gdy w kierunku piersi Draco i Hermiony pędzą cztery zielone światła. Spoglądają na siebie. Łapią za ręce. Błysk. Spadają. Zimni. Martwi. Cały oddział patrzy w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stali. Pomiędzy łzami, które tryskają z moich oczu. Wysyłam dwóch pierwszoklasistów z oddziału poczty by zanieśli wiadomość. "Oddział Wierza stracony." Zabieram czarodziei w szoku do Wielkiej Sali. Tam pomagają innym. Biegnę do Harrego i Rona. Walczą plecy w plecy z sześcioma mrocznymi sługami. Widzę tylko plamy. Zielone. Czerwone. Niebieskie. Fioletowe. Gdy tylko dowiadują się, że Hermiona nie żyje Ron rzuca Avadę. Nie trafia. Walczę dalej, a przebieg bitwy odciąga mnie od nich.
- Drętwota!
- Petryfikus Totalus!
- Expelarmus!
- Avada Kedavra
- Rictumsempra!
- Bombarda
- Crucio!
- Protego! - mijam odział polowy Barier - Salvio Hexia!
W wirze walki przesuwam się w kierunku szklarni. W kierunku Nevilla. MOJEGO Nevilla. "Zaraz, zaraz... Jakiego mojego... On jest moim przyjacielem. Prawda. Chociaż..."
- Avada Kedavra! - unik.
"... czuję się bezpiecznie, kiedy jest ze mną..."
- Diffindo! Ridiculus!
" ... nieważne co zrobię i tak jest przy mnie..."
- Crucio! - odbija się od mojej tarczy.
"... ma taki ładny zarys twarzy..."
- Expeliarmus!
"... i jego głos. Poza tym czuję się dobrze kiedy do mnie się uśmiecha..."
Jakieś zaklęcie mnie trafia. Odpycha mnie do tyłu. Czuję ból w nodze. "Episky" - mówię i już mogę stać.
"Ja się w nim zakochałam!"
-Sectumsempra! - słyszę. Zaklęcie trafia Nevilla. Jedno bicie serca.
- Vulnera Sanantur! - krzyczę, a on wstaje. Podbiegam do niego krzycząc "Dininuendo!" w stronę Śmierciożercy. Łąpiemy się z Nevillem za ręce i walczymy razem. W końcu nie jestem w stanie znieść tych świateł. "Sonorus" mówię.
- VOLDEMORCIE! DAJ NAM GODZINĘ! PO TYM CZASIE ZORGANIZUJEMY POJEDYNEK. TYLKO TY I JA! - krzyczę, a cały świat jakby zamiera. Po krótkim czasie przychodzi odpowiedź. Zgodził się. 
Przez następne pół godziny transportowaliśmy, opatrywaliśmy rannych i płakaliśmy nad zmarłymi. Dalsze pół godziny miałam dla siebie. Poszłam do biblioteki, Działu Ksiąg Zakazanych. Siedziałam tam i płakałam.
- Nie wypłacz nam się tu na śmierć! Bo bez ciebie nic nie będzie już takie same. - odezwał się Neville, który pojawił się tu nie wiadomo kiedy i przytulił mnie. Odwróciłam się i go pocałowałam. To był impuls. Początkowo zaskoczony chłopak, po chwili oddał pocałunek. - Kocham Cię! - powiedział.
- Ja ciebie też! - odpowiedziałam.
- Eh! Już czas... Musisz już iść. Ale przeżyj! - powiedział, a ja poszłam.

***

"Pojedynek", "Neville", "Przeżyć". Tylko te trzy słowa pojawiały się w moich myślach. Spojrzałam na rękę. Przypomniała mi się rozmowa z Dumbledorem z obrazu na temat snu. "Wow, jak to się mówi. Najwidoczniej wszystkie centaury, które mogły. darowały ci Pieczęć. Prawdopodobnie jesteś teraz silniejsza niż Voldemort, czy Harry. Jednak to jest tylko prawdopodobne. Nikt dokładnie nie zna mechanizmu działania Pieczęci." Spojrzałam na Voldemorta. Wyglądał tak... ludzko. Miał czarne włosy i twarz oprószoną zmarszczkami. Podniosłam różdżkę. Ukłoniłam się. Odeszłam.

"ZACZYNA SIĘ"

- Expeliarmus! - wpierw Voldemort.
- Protego! Incendio!
- Serpensortia!
- Piertotum Locomotor! - posągi niszczą węża.
- Sectumsempra! Satius!
- Protego Horriblis!
- Crucio!
- Protego! Diffindo!
- Avada Kedavra! - znów zielone światło. Wszyscy wstrzymują oddech. Łaskotki.
- Czas to zakończyć! - mówię. Czuję przypływ odwagi. Pieczęć znów piecze. Podnoszę różdżkę. Dookoła cisza.

Mors Incantatem

Złote światło. Voldemort pada. Mdleję...



III. EPILOG

 

Piosenka tiary. O tym co było. Łzy.

Może i te stare mury już nie wytrzymają więcej, ale posiedź
tutaj chwilę i przysłuchaj się piosence.
O wygranej, o wolności, i o śmierci, o miłości. Śpiewaj ze
mną jeśli chcesz, a jak nie to wsłuchaj się.
Ja opowiem ci historię o kolejnej już wojence co o Hogwart potoczona
wiele bólu im dała.
Trzecia to z kolei taka, która wiele krwi wylała, wiele łez
już popłynęło, w czarnym świecie gdzieś zginęło.
Czarny Pan już zniknął w dali, tam gdzie wszyscy ci upadli.
Tchem ostatnim przeklął życie, które smutne znów ujrzycie.
Mnóstwo dobrych ludzi padło, tam w obronie swej wolności.
Lecz gdy w końcu się udało, zatańczyły nawet kości.
Gdzieś tam Draco hen z Harmioną, w białym świecie u stóp zbocza.
Stoją razem uśmiechnięci, a łzy szczęścia płyną bokiem.
 
Nic więcej w tym roku nie dodała. Tylko tyle.
 
Umarłych lista była dłuższa...
 
Tyle osób tam zginęło...
 
Płakać chcę...
 
Zasługują na pamięć...
 
Ale ich nie wymienię...
 
Jeszcze nie teraz.